Prawie zapomniałam o istnieniu tego bloga, ale wrócił do mnie z racji pewnych przemyśleń. Więc może od razu przejdę do tematu.
Przeglądałam sobie facebooka bez konkretnego celu i natrafiłam na post o tematyce szkoły. Niektórzy mówili o tym, jak tęsknią za szkolnymi czasami, inni jak bardzo cenią sobie dorosłość. To skłoniło mnie do "cofnięcia się w czasie" i głębszych przemyśleń. Czy ja tęsknię za szkołą? Za pewnymi jej aspektami, tak. Za swojego rodzaju beztroską, za tym, że nie wymagano ode mnie tak wiele jak w dorosłym życiu. Jednak w ogólnym rozrachunku, szkoła była dla mnie potwornym doświadczeniem. Pominę tu dosadny opis podstawówki i gimnazjum, krótko - bulling kwitł niczym magiczne kwiaty po czarodziejskim deszczu. Przejdźmy więc do liceum...
Liceum kończyłam za granicą, a konkretnie w Norwegii. Wiele różnych czynników miało wpływ na przeprowadzkę za granicę, ale nie o tym.
Cóż początku, jako obcokrajowiec otrzymałam możliwość uczestniczenia w kursach językowych i tam akurat nie było najgorzej, gdyż ludzie dookoła byli w podobnej sytuacji. Z tego roku nauki udało mi się dużo wyciągnąć. Następnie, trafiłam już do szkoły i ponownie, jako obcokrajowiec w pierwszej kolejności trafiłam do "innføringsklasse", czyli takiej klasy wprowadzającej do formy edukacji. Dowiedziałam się w tamtym roku, czego właściwie będę się uczyć i jak wygląda tamtejszy system edukacji. Można to trochę przyrównać do polskiego planu daltońskiego. Po tym wprowadzającym roku, w końcu zaczęłam pełnoprawną naukę w norweskim liceum. Z racji, że bardzo lubiłam takie klimaty, wybrałam sobie kierunek krawiecki i niestety tutaj zaczęły się schody. Poza oczywistymi zajęciami praktycznymi danego kierunku, miałam też normalne lekcje. Norweski, angielski, naturfag (chemia, fizyka i biologia w jednym), matematyka i samfunsfag (wos). Z początku mimo zaliczonych wzorowo kursów językowych, miałam problemy komunikacyjne. Wiadomo, teoria i praktyka nierzadko się różnią. O ile większość nauczycieli była dla mnie miła i wyrozumiała, nauczyciel norweskiego niestety nie był. Pokrótce? Po prostu rasistowski chujek. Gnoił mnie na każdym kroku za nawet najmniejszy błąd i robił wszystko żebym nie zaliczyła przedmiotu, ot nie lubił Polaków, bo nie tylko ja miałam z nim problemy. Istotnie przez niego nie zaliczyłam klasy. Ale to temat na inną historię.
Z racji ciągłego podcinania mi skrzydeł przez tego frajera, rosła we mnie frustracja i coraz bardziej zniechęcałam się do nauki języka. Niestety odbijało się to jeszcze mocnej na ogólnej komunikacji. Uczniowie z mojej klasy, z racji tych problemów po prosu przestali się do mnie odzywać. Byłam kompletnie ignorowana, gdy witałam się, odwracali wzrok. Byłam niewidzialna, chyba, że akurat czegoś potrzebowali, lub mieliśmy pracę w grupach, która po prostu wymagała komunikacji. Szczególnie rzucało się to w oczy przy lekcjach angielskiego (choć raz przydał mi się stos gramatyki ze szkoły w Polsce) Norwegowie po prostu nie ogarniają gramatyki, ani angielskiej, ani swojej własnej. Nasz pierwszy nauczyciel, uroczy, złoty człowiek, kompletnie na to nie zwracał uwagi i po prostu przepuszczał wszystkich. Problem dla klasy pojawił się wtedy, gdy zmieniono nam nauczyciela. Jego następczyni, nie była już taka urocza, Nie była też wredna, za to bardzo wymagająca i dawała to odczuć na każdym kroku. Co więc mogli począć biedni Norwegowie? Oczywiście przychodzili do mnie, jedynej osoby, która ogarniała gramatykę. A ja? Tak desperacko chciałam pasować i należeć do grupy, że bezinteresownie im pomagałam. Nietrudno się domyślić, że sytuacja się nie zmieniła.
W tej ogromnej desperacji, zaczęłam szukać akceptacji gdzie indziej. Cóż, nie byłam jedyną polką w szkole, więc tym razem doczepiłam się do grupy Polaków. Niestety z czasem dotarło do mnie, że to skrajnie nie było towarzystwo dla mnie. Chamstwo, alkohol, papierosy, kradzieże, seks i narkotyki. W to niemal dałam się wciągnąć po całości, tylko po to żeby pasować. Nawet w jednym chłopaku szczerze się zakochałam i niby byliśmy parą (No tylko weź nie mów nikomu z paczki). Jak się potem okazało, no nie kochał mnie, a jedynie wykorzystał i rzucił.
Koniec końców wreszcie dotarło do mnie, że to wszystko co mnie tam otaczało, było jedną wielką ściemą. I z trudem odcięłam się.
Nierzadko się słyszy, że Norwegowie to naród tolerancyjny i pomocny. W niektórych przypadkach może tak jest, ale niestety nie wszędzie. Przez to, że wielokrotnie zostałam wyśmiana i odtrącona, tylko z powodu, że dopiero uczyłam się tamtejszego życia, niemal się stoczyłam. Owszem, spotkałam tych tolerancyjnych i pomocnych (choćby wśród większości nauczycieli), ale uczniowie od początku do końca dawali mi znać, że do nich nie pasuje. Formą było podejście passive aggressive.
Dziś śmiało mogę powiedzieć, że liceum było jednym z najgorszych momentów w moim życiu. Człowiek potrzebuje innego człowieka na wiele sposobów, a ja nie miałam nikogo na dłuższą metę. Ten czas zostawił na mnie spore piętno i długo nie mogłam się odnaleźć w Norwegii. Nawet później w dorosłym życiu, niektórzy mieli do mnie takie podejście, do momentu aż otrzymałam norweskie obywatelstwo.
Samotność, długotrwałe błądzenie we własnym mroku. To głęboko niszczy człowieka, ale i na swój sposób buduje i uczy. W tamtym momencie nauczyłam się jednego. Brutalnej ale nad wyraz głębokiej mądrości - Miej wyjebane, będzie ci dane.
